Stare gry, atari, commodore, c64, amiga, amiga 1200, konsole, komputery, pc, nintendo, playstation, ps2, psx, xbox, xbox360, zx spectrum, amstrad, gry komputerowe
Blog > Komentarze do wpisu

Pożegnanie z Niebieską Sową (Psygnosis, 1984 – 2012)

Kilka tygodni temu Sony zamknęło swoje studio wewnętrzne w Liverpoolu. Smutna to wiadomość nie tylko dla fanów serii Wipeout, z którą to studio z miasta Beatlesów było kojarzone najmocniej. Dla graczy z długoletnim stażem, do których zalicza się autor niniejszego artykułu, jest to wiadomość smutna podwójnie albowiem wraz z zamknięciem studia do historii przechodzi jedna z najbardziej zasłużonych ekip w historii komputerowej rozrywki. Ekipa znana dawniej pod nazwą Psygnosis.

Cień…..sowy.

Dawno, dawno temu, kiedy na świece królowały komputery ośmiobitowe, autor czytanych właśnie przez Ciebie drogi czytelniku wypocin pogrywał sobie na swojej Atarynce 65 XE (kurzy się jeszcze w szafie, ale nawet za bańkę nie sprzedam), chodził kilkanaście razy z rzędu na Powrót Jedi, kibicował Gargamelowi w śmiertelnej walce ze Smuframi i z zazdrością patrzył na wypasionego Commodore 128, który był w posiadaniu jego najlepszego kumpla z klasy (z USA dostał – nie zapomnę tej ilości przetworników prądu, które pozwalały sprzętowi działać i tego kolorowego monitora – prawdziwego, do kompa, a nie jakiegoś przerobionego z Secam na Pal TV). * Pewnego pięknego dnia (a może raczej popołudnia, gdyż zazwyczaj graliśmy po szkole) stacja dysków miło zgrzytnęła i oczom naszym ukazała się wielka, gapiąca się wprost na nas sowa, po czym z głośników monitora popłynęły ponure dźwięki intra do świeżo zakupionej przez kolegę gry. Shadow of the Beast walnęło mnie w szczenę, trzepnęło moimi betami o ścianę i gruchnęło mną o ziemię. Czegoś takiego na Atarynce nigdy wcześniej nie widziałem (chociaż jak się później zastanowiłem, to najbliżej do Shadow of the Beast miał Draconus). Boże, jak wspaniale przewijał się w tej grze tła. Jaka fajoska była muza. Jak ciężko się w to grało….no właśnie. Za cholerę  nie wiedzieliśmy o co w grze chodziło (ile bym dał, żeby w tamtych czasach znać angielski tak jak dzisiaj), ale ciupaliśmy w to non stop – czasem udało się przejść trochę dalej, pogłowić się nad tekstami pojawiającymi się w grze, czy też ubić kilku przeciwników. W końcu jednak zabawę kończyła kropla wody waląca nas w łeb. Nigdy nie udało nam się tej gry skończyć, ale frajda była niesamowita.

Na dzisiejsze standardy gra (i dwa jej sequele) jest po prostu zwykłą platformówką o człowieku zamienionym w bestię, który szuka zemsty na swoich panach i twórcach. Nic specjalnego, ale jak na tamte czasy gra wytyczała nowe standardy szczególnie w kwestiach grafiki (wspomniane przeze mnie wyżej przesuwane tła) – w wolnej chwili rzućcie okiem np. na wersję amigowską. Pomimo iż Psygnosis było zaledwie wydawcą Shadow of the Beast (jej twórcy to Reflections Interactive, twórcy między innymi Drivera i Destruction Derby) to marka ta już do końca będzie mi się kojarzyć z niebieską sową z loga Psygnosis.

Agonia

Przesiadka z Atari na Amigę była dla mnie tym, czym w tym samym czasie dla mojego ojca zamiana Malucha na Peugeota 306. Wraz z „przyjaciółką” w mojej kolekcji pojawiło się jeszcze więcej gier wydawanych przez Psygnosis. Kolejne części Shadow of the Beast zastąpiłem po jakimś czasie genialnym shooterem Agony, w którym chyba po raz pierwszy w historii gier (i być może jedyny) można było wcielić się w logo developra. Przy akompaniamencie wspaniałej muzyki (Dimmu Borgir na jednym ze swoich albumów zamieścił nawet cover głównego tematu z gry), jako Psygnosisowa sowa, przemierzaliśmy fantastyczne krainy (zwróćcie uwagę znowu na tła) niszcząc przy okazji gigantyczne osy, pająki i inne dziwne fantastyczne stwory. Wszystko to w typie sidescrollerowej rozgrywki znanej chociażby z genialnych Zybex czy R-Type. Klimaty fantasy powracały jeszcze później w dwóch wydanych przez Psygnosis częściach Barbariana (pierwsza z przedziwnym, niegrywalnym sterowaniem).

Era Amigi, a wraz nią era Psygnosis trwały najlepsze. Niebieska sowa wydała w tamtym okresie wiele niezapomnianych do dzisiaj tytułów takich jak platformówka Brian The Lion (udana próba zdyskontowania sukcesu disneyowskiego Króla Lwa), genialna przygodówka Innocent Until Caught (udanie kopiująca wzorce z Lucas Arts; ileż to się człowiek na żonglował dyskietkami przy tej produkcji), sidescroller Walker (w której można było poczuć się prawie jak ED 209 z Robocopa, wspaniała grafika – zobaczcie screeny, sterowanie – myszka + klawiatura), czy też RPG Perihelion (nie potrafiłem za bardzo rozkminić tej gry, ale grafika była świetnia – całość wyglądała jak Mad Max zmiksowany z dark fantasy albo jakimś ponurym futurystycznym RPG). Dostarczyli Commodore grę Microcosm, która stała się tytułem startowym pierwszej konsoli wykorzystującej jako napęd płyty CD, czyli Amigi CD32. Niebeska Sowa rządziła.

Strzelby do wynajęcia

Najlepszą grą od Psygnosis w jaką grałem było jednak Hired Guns. Gra powstała w studiu DMA Design, z którymi niebieskie sowy dość często współpracowały (przygotowali dla Psygnosis m.in. Walkera i Lemmingi, o których jeszcze w tym tekście będzie). Gra ukazała się w schyłkowym okresie panowania Amigi, ale moim skromnym zdaniem była jedną z najlepszych na nią gier. Stawiam ją w tym samym rzędzie, co np. Eye of the Beholder, Cannon Fodder czy Sensible Soccer.

O grze pisałem już w artykule o grach, w których remeaki chciałbym zagrać na Xboxie, ale ze wspominkowego obowiązku dodać muszę, że była to chyba pierwsza w historii gra, w której można było kierować poczynaniami czterech postaci równocześnie (korzystając z czterech ekraników). Aspektów RPG było jak na lekarstwo (brak podnoszenia statystyk i innych tego typu spraw charakterystycznych dla RPG), ale za to giwer masa i do tego psi ampy, dzięki którym można było np. oddychać pod wodą, lub postawić most nad przepaścią. Bestiariuszem z Hired Guns można było obdzielić kilkanaście podobnych produkcji. Przesuw ekranu o 90 stopni był szczytem możliwości Amigi, ale mając Hired Guns nie zazdrościłem bardzo kolegom pctowcom Dooma (serio). W takim właśnie stylu Niebieska Sowa żegnała się z erą 16 bit.

Oh! No more Lemmings!

DMA Design i Psygnosis największą kasę zrobiły jednak na Lemmingach. W latach 90-tych amigowcy, a później także i PCtowcy bali się otwierać lodówki. Niebieskie stworki o zielonych włosach (widać, że ktoś tu czytał jeden z tomów Thorgala pod tytułem Alinoe) były dosłownie wszędzie. Kilka części podstawki uzupełniały wersje świąteczne, edycje specjalne, a także jeden spin off (wydany już na PSX,w późniejszym okresie niż pierwsze części, Adventures of Lomax). Do dzisiaj jest to chyba najczęściej portowana gra na wszystkie platformy. I jedna z najbardziej okrutnych (serio – los małych stworków jest przecież maksymalnie okrutny).

Farewell to Arms

Od 1993 roku Psygnosis stało się wewnętrznym studiem Sony i było odpowiedzialne za wydanie takich wspaniałych produkcji jak serie Wipeout, Colony Wars, G-Police czy w późniejszym okresie Destruction Derby. Wydało także bardzo zabawne przygodówki z serii Discworld oparte na prozie Terrego Pratcheta.

Studio będzie zawsze wspominane z wielkim sentymentem, jakim darzę okres mojej młodości i panowania Amigi na rynku gier. Można napisać, że twarde reguły biznesu są nieprzejednane, ale Niebieskiej Sowy nie da się wymazać z pamięci tysięcy graczy. Zawsze będzie obecne na ekranach wszystkich miłośników retrogrania.



czwartek, 15 listopada 2012, big_gun

Polecane wpisy